K.T.O.Ś.

O tym, jak nie zostałem hodowcą kotów
Ktoś 

Na początku parę słów o mnie. Jestem Kimś. Mieszkam w TVN-ie, gdzie wszyscy patrzą na mnie jak w tęczę. I bardzo dobrze. W końcu z pewnymi rzeczami po prostu nie sposób przesadzić.

Tymczasem jak – z właściwą sobie inteligencją, zaangażowaniem i urokiem osobistym (o których to swoich cechach mógłbym opowiedzieć niejedno, ale tego nie zrobię. Bo jestem również bardzo skromny.) – wzniosłem czujną (acz cyniczną) obserwację rzeczywistości na zupełnie nowy poziom. Otóż, zamierzam jej przez chwilkę dać spokój, tak, żeby wolna od wpływu obserwatora, ośmieliła się, rozwinęła a ja wtedy: Bach! Bum! Brzdęk! znienacka się odwrócę i ją zaobserwuje.
I wtedy to dopiero zobaczymy.

W oczekiwaniu na realizację tego szatańskiego (acz błyskotliwego) planu, muszę się więc zająć czymś innym. Początkowo myślałem o hodowli kotów i nawet jednego sobie sprawiłem. Niestety okazał się on kotem Schrödingera, co poznałem po tym, że był zasadniczo nieokreślony, nie chciał wyjść z pudełka. No i oczywiście po tym, że pan Schrödinger się o niego pytał.

Skoro więc nie zostanę uznanym hodowcą kotów, kwestia zabijania wolnego czasu pozostaje otwarta.

Pogadam z Kozakiewiczem. Podobno on zna jakiś zabawny gest.
Może mi pokaże.

Kaszualowo, owersajz i glamur
Następny artykuł:

Kaszualowo, owersajz i glamur

tvnpix